Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/174

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Zdawało się, iż chciał czemś zatrzeć to wrażenie, jakie dawny towarzysz mógł wynieść z jego salonu, ale długo nie zebrał się na słowo.
    — Przyznaj się — zawołał wreszcie, zbierając na odwagę — ty mnie już masz za zginionego człowieka, nie prawdaż? Westchnął.
    A! tak nie jest — wierz mi — ale są życia konieczności i moralne przymusy straszne. Wystaw sobie dawne położenie nasze, kobietę, która się dla mnie zrzekła wszystkiego. Mógłżem jej wydzierać jeszcze jej przekonania? dręczyć ją nawracaniem, gdy marła dla mnie głodem? W ciągu tego nowicyatu anim mógł, anim chciał walczyć w imię mojej narodowości.
    — Ale się spodziewam, że dziś swobodniejszym będąc, — odparł doktór — nie zaprzesz się swych przekonań?
    — A! zapewne! zapewne... lecz nie mogę draźnić... to musi przyjść stopniowo, powoli. Nie zapominaj o tem, że mamy teścia, pana radcę komercyjnego, którego oszczędzać muszę, bo i tak u niego nie jestem w łaskach.
    — Nie jesteś w łaskach?
    — Niestety.
    — To zadanie twej żony, aby się o nie starała.