Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/165

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Kochany mój, rzekł — nie proszę cię do salonu... mamy gościa... mógłby cię żenować, chodź do mnie.
    To mówiąc i wyprzedzając go, otworzył drzwi do małego gabinetu na prawo... Był on nieporównanie weselszym i milszym od owego na Frydrychstacie, ale miarkując z rozmiarów domu, można się było domyślać, że zięć pana radcy otrzyma dla osobistego użytku coś jednak pokaźniejszego i wygodniejszego... Pokój obity był jaskrawo niebieskim papierem i jednem oknem wychodził w ciasne podwórko a tyłem poobracaną kamienice wszelki mu widok zabierały... Sprzęt był tak skromny, jak tylko być mógł, i tak nie liczny, jakby mieszkający tu czasowo tylko przebywając o uprzyjmieniu sobie pobytu nie pomyślał.
    Prawie tych samych kilka książek na stoliku i toż samo ubóstwo czegoś, coby najmniejszej dogadzało fantazyi. Szafeczka pobejcowana na orzech stała sobie skromnie w kątku a na niej futerał od cylindra nie przyczyniały się do ozdoby gabinetu... Wojtuś obejrzał się i poznał, że położenie Wolskiego nie wiele się zmienić musiało.
    Spojrzał mu w oczy. Twarz była mniej zmęczona, lecz jakby tajemniczą okryta