Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/158

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Tak rozmawiając zbliżyli się do kamienicy radcy komercyjnego von Riebe. Właśnie mocno już podstarzały, ale zawsze jeszcze majestatycznej postawy radca z parasolem pod pachą wychodził z domu i zobaczywszy profesora salutował go bardzo grzecznie. Ukłon ten emeryt temu był winien, iż radca wiedział o tem, jako był komandorem orła czerwonego z gwiazdą. Z wielkim więc dlań był respektem, on, co miał tylko znak ogólny honorowy i jakąś drugą nieznaczącą wstążeczkę. — Zbliżył się nawet pospiesznie do staruszka, aby mieć szczęście przemówić doń słów parę i pochlubić się tem w resursie.
    — Czcigodnego pana radcy sługa najniższy... sługa najniższy... — począł, zaledwie odpowiadając na ukłon garbusa, którego nie znał i w którym się zapewne Polaka nie domyślał — jakże zdrowie?
    — Moje dobrze, a ja was, panie radco, nie pytam o wasze, bo je z twarzy widzę... wyglądacie doskonale...
    — Mimo zmartwień tysiąca! — zawołał Riebe. — Wiesz pan zapewne od pastora, którego często pono widujesz, że straciłem jedynego, ukochanego syna, młodzieńca najpiękniejszych nadziei. Niemcy byłyby się nim pochlubić mogły... Inteligencya