Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/146

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    matka wzywała córkę, o Wolskim nie było mowy. Radziła jej, żeby z sobą dzieci przywiozła i z niemi razem upadła do nóg ojcu. Radca miał być nie pocieszony... to była chwila jedyna, ażeby gniew jego rozbroić...
    — Co do mnie — co do mnie — odezwał się Wolski zamyślony — radca mi nie łatwo zapomni urazę i przebaczy winę, — ale Helmina powoli utoruje drogę do jego serca...
    — Serca? — szepnął pytająco Wojtuś.
    Spojrzeli na siebie.
    — Przecież mężem jej jestem, ojcem tych dzieci, odepchnąć mnie nie może... znosić przynajmniej będzie musiał...
    Garbus lękając się przybycia samej pani, w milczeniu rękę mu uścisnął i wyszedł napowrót do miasta.