Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/114

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Przeczytawszy list Wojtuś trochę się zamyślił.
    — Powinszować pani należy tego — rzekł spokojnie. — Kajetan dokończy wkrótce medycyny i nie potrzebuje pomocy tych rodziców tak czułych — a raz na zawsze z familią zerwano i nic już z nimi do czynienia mieć nie będzie...
    Matka płakała... — o niewysłowionem nieszczęściu swem, które jej się co chwila straszniejszem wydawało, mówić nie mógła. Wszystko mówiły jej łzy milczące... Wojtuś przez pół godziny siedząc przy niej, usiłował pocieszyć, przynieć ulgę jakąś, wystawić wszystko w jaśniejszem świetle — ale na bladej twarzy Rejentowej nie znać było skutku jego wymowy.
    Płacz nie ustawał.
    Chwilami wargi coś szeptały, powtarzając dwa słowa, które się wiły po głowie i opasywały serce.
    Doktór, którego Dosia z własnego natchnienia wezwała, nadszedł. Był to dawny męża przyjaciel, lekarz nie osobliwszy ale człowiek serdeczny.
    Tego zostawiszy przy niej... Wojtuś wysunuł się już mrokiem, prosto dążąc na kolej, by się dostać co prędzej do Berlina.