Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hrabina gospodyni opowiedziała bardzo zręcznie historyjkę jakąś sentymentalną, której treść była mi znaną, niestety! ze starego romansu, bo ją z niego zapożyczyła, potem opowiadał jakiś Włoch epizod ze swego życia tragiczny, nosił po nim pamiątkę, bliznę od noża, kolej przychodziła na mnie. Napiłem się limonady, aby być jak najbardziej ochłodzonym, i począłem historyjkę niby słyszaną w Rzymie, która była moją własną, kończyła się ona owem niefortunnem spotkaniem w termach Caracalli. Na pierwsze słowa hrabina przeszyła mnie wzrokiem sztyletującym, ale umiałem wytrzymać ogień jej oczów i dokończyłem dowcipnie, zręcznie i chłodno, tak, że oprócz niej i brata Ludwika, nikt się nie domyślił, iż sam jakąś rolę grałem w tem opowiadaniu. Muszę też przyznać, że hrabina, wyjąwszy malutką chwilę pierwszą, wybornie wytrzymała raz w pierś swą wymierzony i gdym skończył, odezwała się:
— Prześlicznie opowiadasz pan, ale historyjka oklepana strasznie i nie nowa.
— W istocie, rzekłem, wypadki podobne trafiają się co dnia.
Pan Ludwik zmierzył mnie oczyma groźnemi, po chwili, pod pozorem interesu pilnego, wyszedłem, aby więcej nie powrócić do tego domu, ani ja do niej, ani ona nie zgłosiła się do mnie. Byłem gotów złożyć ofiarę opiekuńczemu bóstwu, termów Caracalli, za to, że mnie od niechybnej wyratowało zguby. Hrabina znikła z horyzontu, z wielkim żalem całego towarzystwa, które ją niezmiernie opłakiwało.
Po tej ostatecznej próbie stałem się zahartowanym człowiekiem, i nie zachorowałem więcej na miłość,