Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niło, ono cię kocha i wiecznie kochać nie przestanie, ale sam powiedz, mogęż się wyrzec wszelkiej przyszłości, gdy ty mi jej zapewnić nie chcesz, nie możesz.
Tyś żonaty, ja potrzebuję majątku, imienia, opieki, każeszże mi dla miłości twej poświęcić wszystko? mów? mów?
— Ale ja nie żądam żadnych poświęceń, odparł żywo mniemany brat, idź za mąż, nie wymagaj wszakże, by mi to było miło, bym się z tego cieszył, a! ja cię tak kocham.
— Czyż się obawiać możesz, odpowiedziała hrabina, bym się nie pokochała w tym pociesznym garbusie, który co dzień staje się śmieszniejszym, i im bardziej jest rozmiłowany, tem wstrętliwszy jest dla mnie?
Więcej anim potrzebował słyszeć, anim żądał, poszedłem oglądać termy Caracalli, wykurowany heroicznie z mojej szalonej miłości, nie gniewając się nawet na zdrajczynię, ale postanowiwszy uroczyście pomścić się nad nią.
Długo wszakże rozmyślać potrzebowałem nad rodzajem zemsty, delikatnej i przyzwoitej, której mi się chwycić wypadało, przechodziły mi przez głowę idee najdziwaczniejsze, najdziksze, najśmieszniejsze, wyboru w nich nie umiałem uczynić. Nie byłem już tak rozkochany, abym pragnął wielkiego hałasu i skandalu, chciałem tylko dać uczuć pięknej hrabinie, że szczęśliwym będąc, głupim przynajmniej nie byłem.
Nałamałem sobie głowy nadaremnie, bo tegoż wieczora znalazłem w salonie zgromadzony kwiat towarzystwa, ludzi poważnych, i zamiast innej zabawy, zaproponowano opowiadania w rodzaju Dekamerona, z warunkiem tylko, aby powieści były przyzwoitsze. —