Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


soły, zdrowie dobre, sceptycyzm polityczny zupełny, głowę dosyć otwartą, a trochę młodości mimo mego garbu czyniła mnie nie zbyt odrażającym. Wcześnie bardzo powiedziałem sobie, że do serc kobiecych szturmować nie będę, i że ich zdobywać nie potrzebuję, wielki wielbiciel tych złotych motylków cieszyłem się patrząc na ich migocące skrzydełka, alem za nie łapać wcale nie myślał. Bawiłem się z kobietami, wykradając im chwile ale nic nie dając od siebie, nie miałem wyobrażenia, żebym był w stanie zakochać się i módz stracić głowę, może dla tego spotkał mnie wcale niespodziany i dość śmieszny przypadek.
Lubiłem życie wygodne, klimat ciepły, i dosyć mi do smaku przypadały Włochy; przebiegłszy naprzód prawie cały półwysep, na zimę przyjechałem do Rzymu. Miałem listy rekomendacyjne do pierwszych domów stolicy świata. Towarzystwo tej zimy było bardzo świetne i liczne, Rzym szczególniej obfitował w cudzoziemców.
Smakowałem dosyć w towarzystwie Włochów, Anglików i innych narodowości ludzi, ale muszę się przyznać, choć nigdy na chauvinisme nie chorowałem, że Francuzi moi ziomkowie jakoś mi najlepiej do smaku przypadali. Francuzi w przyprawieniu egoizmu na użytek codzienny, nie dają się nikomu prześcignąć.
Ich samolubstwo łyżką się jeść daje bez najmniejszego wstrętu, czasami bywa tak wybornie osmażone, że je za najwyższe poświęcenie połknąć można.
Do salonów najświetniejszych tej pamiętnej dla mnie zimy, należał hrabinej de la Souche... Hrabina była młodą wdową, niesłychanie pobożną, szanowaną wielce, a tak miłą, przytem dowcipną, wesołą, naiwną