Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rzadcy przechodnie przesuwający się na drugiej kończynie pustyni, stawali i osłupieli słysząc o tej porze hałas oddalony w stronie starego cmentarza, przechodziły im przez głowę najdziwaczniejsze myśli... i nie umieli niemi nawet wytłumaczyć zgiełku w godzinie, gdy Piza już sobie zwykła życzyć felicissima notte...
 Oddawna też żaden Anglik nie pozwolił sobie zakłócić spokoju tego zakątka tak ekscentrycznem żądaniem, które niesłychane zdumienie wywoływało w nielicznych świadkach osobliwszej owej sceny.
Żelazna krata cmentarza naturalnie zamyka się o zmroku, żaden z odwiedzających te przecudne galerje, przypatrujących się malowaniom Orcagna, grobowcom i pomnikom, nie przybywa wieczorem dla bardzo prostej przyczyny, iż nic by tu nie zobaczył, bo i we dnie, wśród jasności i blasku włoskiego nieba, nie nadto tu jest światła. Cóż dopiero o mroku?
 Strażnik tej świątyni pamiątek odchodzi zawczasu z kluczami i idzie spocząć na łonie familji, zajadając po znojach dnia pracowitego makaroni z pomidorami... Nawet żebracy, którzy czatują na podróżnych u bram kościoła, wieżycy, chrzcielnicy i Campo Santo, opuszczają swe stanowisko nie procentujące już wieczorem. Jedyny tylko we Włoszech pijaczyna, pół warjata pół opoja, głośno wykrzykujący tam, gdzie każdy okrzyk zdaje się nieuszanowaniem dla uroczystego majestatu i spokoju miejsca, przypaźnia się nieco czasami na placu...
Biedną tę istotę widział i pamięta pewnie każdy kto przed laty kilką Pizę odwiedzał. Był to człowieczek ruchawy, krzykliwy, w powszednie dni napiły...