Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystkie odlewy, począwszy od tego, który pokazują w szafce w Wejmarze, przedstawiający niby Schiller’a, aż do przywiezionych ze Św. Heleny, który rzeźbiarza ręka musiała przerobić aby go uczynić Napoleonem.
Człowieczek ten niewielkiego wzrostu ubrany był skromnie, wygodnie, prawie wykwintnie ale niepokaźnie; szedł pomaleńku jak ktoś co się nie spieszy, któremu wcale nie pilno, co dzień swój kończy nie wyczekując nic od jutra...
Weturyn jadący za nim rad, że się dowlókł do oznaczonego miejsca, ciągnął także powoli, zapaliwszy czarne cygaro, rozłamane na dwoje.
Mrok gęsty padać zaczynał, gdy podróżny i jego powóz wsunęli się na ten plac porosły trawą, jak Campo Vaccino, stare rzymskie forum, wśród którego stoją trzy pomniki architektury: katedra, baptysteryum i pochyła wieżyca... nie licząc Campo Santo, cmentarza posypanego ziemią przywiezioną z Jerozolimy i popiołami tylu pokoleń...
Zdaleka gorzało tylko niebo włoskie ostatniemi blaskami słońca, a odbicie ich ciepłe oblewało tony harmonijnemi ściany monumentów milczących tej pustyni...
Zwykle jeśli cudzoziemcy nie rozbudzą Pizy, śpi ona dniem i nocą, a około tych gmachów, które stanowią chwałę jej, chyba żebrak lub wracające z pola bydło się przesunie.
Tym razem mimo spóźnionej pory, z wielkiem podziwieniem podróżnego, około żelaznej kraty zamykającej Campo Santo, panował jakiś ruch niezwyczajny.