Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I jednego wieczora kaszlnęła w chusteczkę, chowając przedemną pierwszą krew ze zranionej już piersi...
W parę miesięcy potem leżała w ubogiem łóżeczku uśmiechając się do wiosny, marząc o zdrowiu, gdy dni jej już były policzone.
A potem miała jakby nagłe przeczucie śmierci przedwczesnej i powiedziała mi gdzie był grób jej rodziców, na cmentarzu za miastem, abym ją tam, przy nich pochować kazał.
— Nie żałuję życia, szepnęła mi ostatniego wieczora, tak mi było na świecie dobrze, pójdę ze świata nie skosztowawszy jego goryczy. Starzejąc człowiek się psuje, dziwacznieje, usycha, życie robi się chłodne i niesmaczne... a tak... A! było mi tak dobrze... Ale mi żal ciebie bracie Hermanie, tobie trochę, trochę będzie może po mnie tęskno... ty pożałujesz siostry, dla której byłeś tak dobrym bratem. Zarzuciła mi ręce na szyję i na czole uczułem gorący jej pocałunek, był on dla mnie niemem objawieniem uczucia, które się i w mojej obudziło piersi. Łzy mi się rzuciły z oczów, serce rozdarło... nie mówiliśmy więcej, dusze się rozumiały, ale nazajutrz jej duch uleciał, a skrzepłe zwłoki biednej dzieweczki pochowaliśmy całe kwiatami okryte, w ubogiej trumience, przy grobie rodziców u których nóg spoczywać chciała. Była ich godną, czystą i świętą.
Spauer westchnął, otarł oczy i poszedł powoli do okna.
Długie milczenie panowało w sali, opis ten przejął wszystkich, poszanowano boleść z jaką ten człowiek dobył go z piersi, nikt się odezwać nie śmiał.