Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gretchen, odpowiedziała. Faust Goethego i jego utwór pełen cudownego wdzięku przyszedł mi na pamięć, ale mój typ tak był inny, żem się aż pogniewał za to przypomnienie mimowolne, bojąc się by mi jedna idea nie pożarła drugiej.
— Widzę, moje dziecko, dodałem po chwili, że się mnie boisz, wcale niepotrzebnie, jestem artysta... patrzę na ciebie, bo mi się wydajesz piękną... ale bez złej myśli...
Pokręciła głową, rumieniąc się niedowierzająco, musiano ją przestrzedz zawczasu... aby się wystrzegała młodzieży.
— Daleko mieszkacie? spytałem...
Wskazała mi palcem niepokaźny domek za miastem.
— Ot tam, rzekła u wdowy Halm.
— Jesteś jej córką? — Ruszyła ramionami i potrząsła głową.
— A rodzice twoi?
— Nie mam rodziców, rzekła z westchnieniem, jestem sierota... nie pasłabym bydła na błoniu, gdybym nie była sama jedna na świecie...
Piękne jej niebieskie oczęta zapełniły się łzami...
Stałem opodal napawając się widokiem mojego arcydzieła przyszłego, dziewczę pochwyciło rózeczkę i poszło powoli ku zagrodzie, pies z nią, ja za nią. Postanowiłem dostać się do wdowy Halm i pomówić z nią, czyby mi dziewczę nie mogło za wzór do posągu posłużyć.
Wdowa Halm była otyłą kobietą, zasapaną, niespokojną i podejrzliwą, zbyła mnie zrazu hałasem jak