Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w marmurze tej doby ludzkiego życia, która jeszcze nie jest całkiem młodością, a przestała być już dzieciństwem... W myśli ujrzałem w niej Ewę, Ewę pierwszej chwili niewinności w raju, taką jaką wyszła z rąk Bożych, prototyp niewiasty...
Dzika pastuszka widząc, że się w nią zapamiętale wpatruję, rozśmiała się zrazu, wody strumienia musiały jej już powiedzieć, że była piękną, potem odwróciła głowę i pochmurniała. A była w tym wianku kwiatów z tą ubogą koszulką swą, bosemi nożętami i rączkami cudownie wdzięczną... alem nie patrzył w tej chwili jak na żywą istotę, tylko jak na posąg, do którego za wzór mi służyć miała...
Cały przejęty myślą moją, powoli, obojętnie zbliżyłem się do niej, pies strażnik, który u nóg jej leżał, poczciwe wierne zwierzę, pokazał mi zęby, zawarczał, dziewczę go pogłaskało i rozśmiało się... a głowę odwróciło odemnie... Nie sposób było z tem dzieckiem przyjść do rozmowy, udawała że nie słyszy. Gdybym był studentem uganiającym się wprost za wrażeniami miłostek wieśniaczych, mógłbym pójść precz, ale miłość sztuki nie dopuściła mi zrazić się. Podobnego typu nie znalazłbym łatwo. Znałem wszystkie modele w pracowniach, żaden nie miał tej świeżości form, tej czystości i prostoty linij, które życie proste i praca ciężka nadały temu cudownemu dziewczęciu.
Mimo szczekania psa i odwracań głowy na wszystkie strony, przybliżyłem się do niej, a głos mój spokojny, wcale nie namiętny i wyrazy proste, nareszcie wywołały niewyraźną jakąś odpowiedź.
— Jak się zowiecie dzieweczko? spytałem...