Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nia artysty... Nie zapuszczam rąk, ale piastuję ducha naprzód w sobie...
Udałem się pieszo z węzełkiem na plecach do München, ujrzałem tam dzieła sztuki w całym blasku i majestacie, padłem na twarz przed niemi, poczułem się prochem... a z tego prochu wstaję powoli i mozolnie...
Lżej zaprawdę było pierwszym artystom co przyszli na świat na najżyzniejsze zagony, my jesteśmy jak owi co po zajęciu kraju przybywają ostatni i najchudsze zajmują ziemi kawałki... użyznić je potrzeba potem czoła... Co najpilniejszego było już stworzono, już wypowiedziano świetnie, potężnie... silnie...
Ale po arcydziełach Michała Anioła w Sykstynie, czyż jeszcze Sąd ostateczny nie jest do wyjaśnienia na nowo... inaczej? Czy po Rafaelu mistrzu spokojnego wdzięku, nie ma do wymarzenia nowej Madonny?... Obu ich wielbiąc nie trzeba tylko naśladować... ale zapomnieć i z siebie dobyć nowe widzenie...
W nawale mierności pokaźnych i cudownie wielkich a zapomnianych tworów, przebić się, zwrócić na siebie uwagę, ściągnąć sąd i krytykę... trudno jest dzisiaj, powołanie artysty wielkie, zadanie straszliwe... tem lepiej... Ochotniej się idzie na stromą skałę...
Nie wszystkim jednak chce się na nią drapać, i to nieszczęście naszej braci... nie jeden przebiegłszy muzea, przepatrzywszy wiele, zrozpaczy o sobie i stanie się... rzemieślnikiem... W tem zguba nasza...
Nie grzeszy kto sztukaterję robi od łokcia dla ladajakich architektów, ale winien kto ją robi bez myśli, bez ducha, dla tego że są zapłacone tanio, że jak powiada... mozoł jego nie wróciłby mu się... Dla mi-