Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


djum... artysta... powiedz nam, choćby swój żywot artysty.
— Powiem wam wszystko co chcecie, odparł Spauer, ale jest jedna rzecz śmieszna, której koniecznie potrzebować będę, abym mógł powoli wam się spowiadać... Wiecie, że nieśmiertelny Kant potrzebował mówiąc patrzeć na jakiś guzik błyszczący jednego ze swych słuchaczów, ja... nie mogę mówić... bez dymu i piwa.
— Piwo się znajdzie, choćby angielskie, rzekł Anglik... i spodziewam się, że nie uczyni wstydu starej wesołej Anglii, ale dym...
Spojrzano na damy... noc prześliczna księżycowa oblewała blaskiem srebrzystym spokojnie płynące pod oknami Arno...
— Otwórzcie państwo okna, zawołała hrabina... I zapalcie cygara...
Artystom wszystkim zabłysły oczy... a pargaminowy nawet człowiek sięgnął po pugilares do kieszeni. Anglicy tylko w imię oryginalności tej sceny zgodzili się milczeniem... dla nich było to wielką ofiarą, bo cygaro... cygaro przy kobietach w Anglii... Schockingly Schocking...
— Z góry przepraszam państwa, rzekł zasiadłszy nad kuflem piwa Spauer, jeśli powiem wam co nieprzyjemnego... Są tu ludzie między nami, należący do wyższych sfer towarzystwa; niech mi darują, że ich zbyt szanuję, abym przed nimi nie miał wypowiedzieć co myślę...
Dosyć jest spojrzeć na historję umysłową przyszłych wieków i dzisiejszego, aby dostrzedz ogromnej różnicy jaka zachodzi w ludziach, co się niegdy odzna-