Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sztem pełności władz... we wszystkiem cielesne piętno znikomości i niedoskonałości.
Nie ma nawet siły pogniewać się na ten rzeczy porządek lub raczej nieporządek rzeczy, uśmiecha się obojętnie, jak ten co lat kilkadziesiąt odgadnąć usiłuje zagadkę, doszedł tylko że nie jest rozwiązalną... bo jest może gmatwaniną bez znaczenia. Zakłada ręce po Napoleońsku, spuszcza głowę na piersi, jak aktor grający pogrążonego w dumaniu bohatera, i uśmiechnąwszy się do własnej głupoty, czeka cierpliwie dzwonka, który mu ostatnią ma wybić godzinę...
Gdy się dojdzie do tego stanu, nie ma już co robić na świecie... ale rozsądek każe dotrwać w przedpokoju wieczności jakiejbądź do końca, nie cierpliwiąc się, nie zżymając i nie gniewając na zbyt przedłużone oczekiwanie, chociażby je pedogra, reumatyzmy i niedołęztwo chwilami nieznośnemi czyniły. Rzadko kto na tę czarną godzinę zbudował sobie chatkę zaciszną i zaoszczędził kożuch ciepły, często ją przychodzi przebywać o głodzie, o chłodzie, na słocie i błocie... sycząc z bólu... niemniej potrzeba mieć tyle męztwa, żeby nie okazać co się w duszy dzieje. Miłość własna jest wielką pomocą, i zdała się tu, bo kto ukrywa ból, ten go sobie zmniejsza; rozkładający się z nim, cierpi więcej... to pewna.
Ten stan duszy nie jest wyłączną własnością pewnych lat, ani łaską przywiązaną do pewnych temperamentów stępionych na krajaniu twardszego nad nie świata, jest także często epidemiczną chorobą epok i krajów.
 W szczęśliwych czasach słabość ta mieni się w spokojną drzemkę poobiednią z uśmiechem na