Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


raz żywiej jaśniejąca jakimś ogniem wewnętrznym, Adela czuć sama musiała wrażenie, które czyniła. Artyści, garbus, Anglicy, Sestini i jego żona, zdawali się mówić tylko dla niej, ją brać za sędziego, a choć się prawie nie odzywała, czytali w jej oczach jak wielki udział duszą całą brała w rozmowie, odgadywali sąd jej o sobie... Urok tej kobiety z każdą chwilą stawał się większy, choć nic go nie tłumaczyło... działał tajemniczo jak wypity napój odurzający, oczy jej ciągnęły... krępowały, królowały. Tylko pargaminowy człowiek uśmiechał się wzgardliwie widząc ten tryumf, który zdawał się go powoli do gniewu pobudzać. Urągająco, wyzywająco patrzał na nią... choć ona unikała tego wzroku, który usiłował ją ostudzić, upokorzyć i złamać.
Garbus rozumiał teraz, że dwie te postacie walczące z sobą w milczeniu, ani obce sobie, ani obojętne być nie mogły; paliła go ciekawość, myślał jakby ją wywieść na scenę i zmusić do wydania się... mimowolnego.
Mumja mówiła milcząc, uśmiechem szatańskim:
— Czegóż się zwracacie, jako obałamucone księżycem słoneczniki, ku tej istocie, której cały blask jest fałszem, chwilą zalotności zimnym popisem...
Ja ją znam do głębi... jasność ta nie ogrzewa choć olśni... nie jest to ogień życia, jest to światło gnijącego próchna... Głupcy! głupcy! całą tajemnicą jej próżność... świeci dla was, ale w piersi jej zimno i pusto!...
Są chwile życia, w których myśl ludzka tak tryska oczyma, tak oblewa czoło, tak wybitnie się uwydatnia ruchami, postawą, że jej wypowiedzieć nie trze-