Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szym bełkotem nowego języka... wrotami nowego świata... Spojrzyj przez mikroskop na zepsute serce człowieka i ser przegniły... zobaczysz tam światy...
— Światy dla nauki... kolebkę żywota... nie przeczę, rzekł artysta... ale sztuki zadaniem, życie w pełni, a nie Embryon bezkształtny...
— Dla czegóż powiedziałeś pan i napisałeś, rzekł cicho garbus z uśmiechem złośliwym, że sztuka całe życie wyraża? Wszystko jest życiem... śmierć sama jest życiem nowem... w nowej formie...
— I stoję przy swojem, mówił Spauer...
— A! jacy oni nudni! cicho szepnęła skrywając ziewanie panna Julja Joly, możemy się wyśliznąć, nie spostrzegą...
Nie wszyscy wszakże równie nudną uznawali tę rozmowę, tak surowie osądzoną przez Szwajcarkę; kółko się coraz ściskało, a na twarzach malowało się żywe zajęcie temi zadaniami, które obchodzą gorąco wybrańsze dusze.
— Tak jest, tak jest, nieśmiało dorzucił Przeręba, powiedziałbym, że sztuka ma pewne momenta życia, w których się szczególniej rozmiłowuje, do których powraca chętniej, ale nie wyrzeka się ona niczego... Co sto lat, co pół wieku zjawia się geniusz, który nowe dla niej państwa zdobywa; przychodzą koloniści i obsiadają ją; to co zna ogół ze sztuki nie jest nią całą, obszary które zajmuje niezmiernie, a nie wszystko jeszcze co podbić może i powinna, podbiła... te światy zgnilizny, te formy tające się swą drobnotą przed oczyma, jutro mogą być pochwycone przez nią, jeżeli dziś jeszcze nie są...
Spauer ścisnął rękę Przeręby.