Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mnijmy żeśmy obcy, bądźmy z sobą jak na Józefatowej dolinie...
Część angielskiej familji i P. Julja Joly, która może miała powody obawiania się, na tę propozycję niesłychaną zrobiła wielkie oczy... a P. Herman Spauer z München przerwał.
— Ale są, zdaje mi się ludzie między nami, których to nic kosztować nie może dla tego, że do świata... tego co wy zowiecie światem, nie należą...
Mógłbym wam wyspowiadać się z życia i myśli moich, jak dawni chrześcianie, publicznie.
— A! a! rzekł garbus, to panu honor czyni! znać życie czyste...
— Nie może, ale wielką miłość prawdy; nie wstydzę się słabości moich, bo czuję siłę, która za nie płaci... zresztą artystą jestem i przywykłym do ofiary osobistości.
— Jakto pan rozumiesz? zapytała hrabina Żywska.
— Artysta, który żyje w sobie i dla siebie, nie jest godzien tego nazwiska... rzekł Spauer... On jest niczem, dzieła jego są wszystkiem; całego ducha, co ma najbardziej Boskiego w piersi w nie wlać powinien... to co stworzy będzie nim, on sam narzędziem, przez które natchnienie i myśl Boża przejdzie w te utwory. Dla tego często wielki mistrz nie odpowie wyobrażeniu, jakie sobie pospolicie o nim czynią! szukają oni w nim tego czego już w nim nie ma, co przelał w dzieło... i dziwią się gdy zobaczą suchą łupinę... Ziarno już arcydziełem rozkwitło... Dodam, że ci co zalotnie chcą się przedstawić jako wielcy ludzie i wszystko dla siebie chowają co im Bóg dał, nigdy nic znakomitego nie utworzą...