Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




Przychodzi w życiu godzina, gdy wszystko czarną się jakąś szatą obleka, nic nie wabi i nie bawi, nic nie przestrasza i nie draźni; jest to gorzej niż rozpacz, bo zimny sen, zdrętwiałość jakaś, apatja...
To co najwięcej pociągało dawniej — ludzie, najpierwsi nam brzydną; otworzyliśmy tyle tych ostryg, a wszystkie w środku były zgniłe i cuchnące... niektóre z nich najlepsze świeżo wyglądały na chwilę, psuło je zetknięcie z powietrzem i trochę zestarzenia...
 W młodości po za chwytającemi ją zwątpieniami chwilowemi, są przestwory dalekie, na które oko wybiega z ciemności i pociesza się tajemniczemi lazurami widnokręgu... później z za opadłych liści i suchych gałęzi wszędzie tylko śmierć przegląda...
Po ludziach człowiek powątpiewa o dziejach, o sprawiedliwości, o logice wypadków, o sumieniu ogółu... o rozumie w historyi, o słuszności w losach... staje się fatalistą.
 W dziełach sztuki dostrzega tylko jednostronną ich piękność, a wielostronne ich błędy i niedostatki; w geniuszach ich przerost w kierunku wyłącznym, ko-