Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Największej zmianie uległa kobieta samotna, którąśmy widzieli przed chwilą przestraszoną i złamaną... przez drogę uczucie jakieś, czy siła woli zupełnie ją przeistoczyła... Weszła z twarzą wesołą, uśmiechniętą, ale ze śmiałością dziecka, które w wielkim strachu nadrabia fantazją, dopóki się nie rozpłacze.
Tylko rozpacz takich cudów dokazywać może.
Weszła krokiem śmiałym do sali, jak kobieta przywykła być panią, spojrzeniem królewskiem powiodła po przytomnych i dostrzegłszy Włoszkę od której się była usunęła w Campo Santo, żywo zbliżyła się do niej.
— Darujesz mi pani, rzekła uśmiechem wdzięcznym odmłodzona, żem się tak niegrzecznie znalazła tam... ale ja się tak boję piorunów, że w czasie ich jestem prawie nieprzytomna, nawet w drodze jadąc do hotelu, jeszczem do siebie przyjść nie mogła, jakeś pani uważała... tu oddycham... czuję, że stąpam po ziemi, że jestem na świecie, żem jeszcze nie umarła i nie pogrzebiona na tym strasznym cmentarzu waszym... który wygląda na więzienie, z którego zdaje się, że duszy ulecić nawet trudno... ah!
I usiadła przy Włoszce na krześle, zrzucając kapelusz i poprawiając prześliczne czarne swe włosy, które się jakby na umyślnie rozpuściły, aby pokazać, że są długie i piękne...
Ze swego kąta pargaminowy człowiek patrzył i prawie się uśmiechał na tę metamorfozę, gdyby skrzywienie ust ledwie dostrzeżone uśmieszkiem nazwać się mogło.
— O! jakżem zmęczona! zawołała, jakże to piękny był, ale jak przerażający dramat! ten cmentarz z pio-