Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w tej confortable oberży angielskiej, której ściany nawet przypochlebiać się starały podróżnym.
Był to wszakże salon wcale przyzwoity z wielkim stołem pośrodku, ostawionym wygodnemi krzesłami, na stole paliły się świece (zbytek niesłychany), a oprócz tych machin do herbaty, wszystko czego wieczorem zapragnąć może znużony i ogłodzony podróżny, znajdowało się przyjemnie ustawione na bardzo białych serwetach. Zrobienie nawet herbaty zostawiono paniom, co było wielką grzecznością i uznaniem własnej nieudolności, rzadkiem w hotelach. Szynki, masło, pieczyste, miód, deser, owoce, czekały na głodnych...
Kilku służących, którzy powkładali rękawiczki perkalowe i białe krawaty, stali na rozkazy.
Naostatek w pośrodku z kokieterją ustawiony był bukiet, którego jaśminy białe rozlewały woń cudowną, ale przy wieczerzy zbytecznie może przypominającą pomadę...
Po wrażeniach Campo Santo, niejednemu mile się to wydać mogło. Anglik był wesół i uszczęśliwiony... rodzina jego milcząca poważnie, garbus śmiejący się zacierał ręce i jak gastronom ukośne rzucał wejrzenie na talerze... Włoch artysta zdawał się nieco zakłopotany, ale żona jego w światłach salonu wyglądała cudownie; kobiety pierwsze uderzone były jej niezmierną pięknością... rozpromieniona podobną była do Junony Ludovici. Garbus spoglądał na nią przynajmniej równie łakomie, jak na potrawy zdobiące stół wieczerzy...
Pargaminowy człek wszedł obojętnie, padł na piękne krzesło u ściany i spuściwszy głowę na piersi, spoczywał ziewając szeroko.