Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oczy jej wyrażały taką obawę; jakby widziała zbliżającego się kata.
Pargaminowy człowiek podszedł grzecznie, ukłonił się i rzekł powoli:
— W imieniu tego pana zapraszam panią na herbatę do hotelu; wiem, dodał z przyciskiem, że mu pani odmówić nie zechcesz.
Słowa zabrakło jej w ustach, głowa pochyliła się na piersi i niby dała znak przyzwalający; człowiek, którego widok sam tak przykre na niej czynił wrażenie odstąpił natychmiast.
Burza ucichała zwolna... przez kratę wchodową błysnął księżyc i nagle odsłonięte jego oblicze zajrzało we wnętrze cmentarza.
Była to trzecia już zmiana widoku, której Sir Price w uniesieniu nie wiedział jak przyklaskiwać... pochodnie gasły, po namiętnej dzikiej burzy, cisza i grobowy spokój zaglądały do tej pustyni i nadawały jej nową fizjognomję. Rzekłbyś, że za czarodziejskiej laski dotknięciem duchy wywołane płomieniami błyskawic wróciły do swych grobowisk i nieruchomości... cmentarz usypiał, cyprysy nie śmiały szumieć, aby mu nie przerywać spoczynku, na kolumnach galerji ślizgały się sinawe promienie księżyca i zakradały w głąb, niosąc z sobą białe smugi umarłej światłości grobowej na groby...
Może w tej ostatniej szacie śnieżystej księżyca, cmentarz Pizański wyglądał najpiękniej, najwłaściwiej sobie, zdawał się mówić... o wiecznym spoczynku i wiekuistej światłości innego świata.
Wszyscy goście obejrzawszy się raz jeszcze po galerjach, skierowali się ku wyjściu... Szczęściem Ge-