Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mówiłem wam, dodał opowiadający, że biografja moja nie będzie zajmującą. Walk duszy, zapasów myśli, zdobyczy moich dla was obojętnych, opisywać wam nie będę; cóż was obchodzi jak przyszedłem do pewnych prawd dla was obojętnych, jak się pozbyłem namiętności, które mnie ujarzmić usiłowały? jaką drogą doszedłem do wiedzy i jasnowidzenia zaświata?
— Ha! ha! uśmiechnął się Żywski, więc aż zaświata? bywałeś więc pan po zagranicami, za które my nieszczęśliwi wyjść nie możemy? otóż właśnie najciekawsza część powieści, a ty chcesz zamilczyć? zlituj się, co się dzieje za światem?
Niedowierzająco i szydersko rzucone pytanie Szwed przyjął z pokorą.
— Wzięlibyście mnie za marzyciela, a może za szaleńca, rzekł, gdybym wam moje widzenia chciał opowiadać.
— Możesz pan przynajmniej, przerwał wice-hrabia, rozwiązać nam kardynalną zagadkę przeznaczeń duszy, co się z nią dzieje gdy ciało dłużej piastować jej nie może?...
— Z duszą, odparł Szwed, z duszą dzieje się to co my jej życiem zgotujemy, samiśmy jej przeznaczeń panami, możemy ją zabić lub unieśmiertelnić, dać jej żywot lub śmierć. Bóg daje nam ją do rozporządzenia, pomaga, wspiera, objaśnia, kieruje, zsyła natchnienia, ale jeśli mimo to człowiek się uprze być bydlęciem, ginie jak bydlę. To mówiąc wstał, długie panowało milczenie.
Przez otwarte okna ku starym kasztanom szarzał poranek, w sieniach, pod drzewami, w podwórzu usypiali zmęczeni przewodnicy, niektórzy z podróżnych,