Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sącą kosz muszli na głowie, poznała mnie i postawiwszy ciężar na ziemi, przybiegła cała zadyszana. Z uczuciem braterskiem przywitaliśmy się drżący, postrzegłem łzy w jej oczach, — a ojciec? spytałem, a bracia?...
— A! nie mam już nikogo, odpowiedziała mi po cichu, sama jestem na szerokim świecie, sama; po odjeździe waszym ojciec odebrał wiadomość o śmierci moich braci, i zesmutniał, zrozpaczył, położył się biedny, by już nie wstać więcej, pochowaliśmy go tam obok matki, pod tym krzyżem kamiennym, króry codzień odwiedzam, zostawił mnie jedną, jedną. Jakże to dobrze żeście wy powrócili, jam was już przywykła uważać za brata.
— Otóż jak się rozpoczęła cicha miłość, dodał Szwed, trwająca do dziś dnia. Następnego roku zaprowadziłem Hertę do rodziców moich, i pozostawiłem u matki jako przyszłą żonę moją. Nikt się nie sprzeciwiał temu związkowi, biedna sierota znalazła rodzinę, wypoczynek i odkwitła znowu przy ciepłem naszem ognisku familijnem.
Z córki rybaczej dziś to niewiasta, której umysł zachował tylko z dawnych lat poetyczną barwę. Dla niej musiałem szukać domku i miejsca pobytu u brzegów morza, bo tęskniła za żywiołem, do którego była przywykła. Domek nasz stoi niedaleko od tego miasteczka w którem ją poznałem, a w godzinach przechadzki przypominamy sobie pierwsze spotkanie i pierwsze wrażenie na pół dziecinnej miłości naszej.
Szwed zamilkł.
C’est primitif, simple et ennuyant au possible, rzekł wice-hrabia po cichu, aleśmy się przecie dobili do końca.