Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówiącego, — zatrzymał się, spojrzał na wice-hrabiego i uśmiechnął.
— Wiem co pan mówisz, rzekł, nie dosłyszałem dobrze, czuję wszakże, alem was uprzedził, że w mojej historji nie ma nic zajmującego.
— Byle była historja, odparł uśmiechając się Francuz.
— A! chcecie więc koniecznie romansu, z westchnieniem dodał cudzoziemiec, niech i tak będzie, powiem wam mój romans; pojmuję z pewnego względu, dla czego ludzie są tak ciekawi, szczególniej historji miłości w sercu bliźniego, ona jest kamieniem probierczym człowieka, w tej czczej na pozór ciekawostce kryje się instynktowe poczucie ważności stosunku między mężczyzną a kobietą.
Wice-hrabia zaczął się filuternie uśmiechać.
— Otóż jakiem się ja rozkochał, rzekł Szwed powoli; wysłano mnie do szkoły w pobliskiem miasteczku, miałem już lat ze szesnaście, bo początkowe nauki pobierałem w domu, rozpoczęła je matka, dalej ciągnął nauczyciel, którego ojciec brał na zimę, w lecie bowiem pracowałem trochę koło pola i gospodarstwa z innymi. To com się mógł w ten sposób nauczyć w domu, nie starczyło wszakże, wysłano mnie do miasteczka. — Cichy to był zakąt. Jeden duży stary kościół murowany, przy nim mieszkanie pastora i szkoła, do której chodziłem z początku, bo później kończyłem nauki w wyższym zakładzie tegoż miasta, jedna szeroka ulica z domami szeroko i wygodnie rozstawionemi, poniżej drobniejsze chaty rybaków, spokojna zatoka ubrana od brzegu w piękne szare skały, i nasze morze opalowe, zielone, które przy Adrjatyku wygląda