Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nas dzieci kilkoro, jam na świat przyszedł ostatnim i najsłabszym, dla tego może pielęgnowała mnie matka z największą troskliwością a ojciec przeznaczył do spokojniejszego zawodu, gdy starsi bracia poszli z nim kopać ziemię i zarabiać w pocie czoła na chleb rodzinny. Mnie pozwolono zostać nad książką i umysłem wyorywać skiby niewidzialnego świata.
— Gdy wielu innym ta praca duchowa stawi same sprzeczności, zagadki i rodzi w nich niepokój nieuleczony, niewiem jakiemu szczęśliwemu darowi nieba winien byłem i jestem, żem ani zwątpić nie potrafił, ani zrozpaczyć, ani się zawikłać w zadania nad siły. Nawykłem świat widzieć utworem potężnej dłoni Boga, a sprawy jego pochodem ku celom przez Niego zakreślonym. — Nie zadawałem sobie nigdy kwestji nad pojęcie, a gdy znajdowałem zaporę, umiałem z pokorą stanąć przed nią, dopóki nie padła, nie otwarła się, lub moja małość nie wytłumaczyła mi, czemu jej zwyciężyć nie potrafię. Świat mi się i dziś widzi doskonale logiczną całością, złe w nim sprawą ludzką, którą prawo Boże nieustannie naprawia, dobre zawsze zwycięzcą naostatku.
— Idąc do dobrego można zajść do cierpienia, ale nigdy do fałszu... Sądząc ludzi potrzeba być pobłażającym i nie namiętnym.
— Jest to wielka prawda, szepnął po cichu garbus do hrabiego Żywskiego, zakrywając usta otwarte szerokiem ziewaniem, radbym być pobłażającym dla Szweda, który tu się przywlókł z zimnego kraju, na pół zmarzły, ale mnie to po troszę nudzi, to coś zarywa na kurs etyki, którego bym wolał nie słuchać.
Szept, jakkolwiek bardzo cichy, doszedł do uszów