Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


parł, żem stracił panowanie nad sobą, byłem rozdrażniony, roznamiętniony.
— Dla kobiety? spytała hrabina.
— Nie wiem, pragnąłem zwyciężyć i być panem. Zresztą ten cel o którym pani wspominasz, w istocie zmalał w mych oczach, nie miałem ambicji, nie było dokąd iść dalej. Miałem dosyć pieniędzy, alem już nie wiedział co za nie kupować. Zwykle chciwy człowiek dojrzewając dopełnia życie próżnością, chce władzy, błyskotek, tytułów, znaczenia, dla mnie to były głupstwa i dzieciństwa. Chciwość też we mnie nie przerodziła się w skąpstwo, pieniądz nie przestał być narzędziem, na nieszczęście z tą dźwignią w ręku, stałem w obec śmieciska i brudów, których ruszać nie miałem ochoty, brała mnie od nich odraza.
— Przewiduję ciekawy stan duszy, zawołał Szwed, już go widzę nadchodzącym: nicość, czczość, próżnia.
— Tak jest, rzekł hrabia, z tego wszystkiego zostało mi na mogile pokonanych namiętności ogromne poziewanie! Świat mi się wydaje głupi, czczy, niezrozumiały, obstawiony murem, który przełamawszy, znajdujesz drugą próżnię, drugi głupi mur i tak do nieskończoności przestrzenie puste... wolno je drugim marzeniami zapełnić, ja nic nie widzę.
— Czy dla tego że ślepy, czy że nic nie ma? spytał Szwed.
— Otóż pytanie, ja sądzę, że mam oczy i wzrok dobry, wy powiecie pewnie, że mam bielmo na źrenicach.
— Zgadłeś pan, rzekł Swendenborgista, masz istotnie bielmo, a najlepszym dowodem, że tysiące ludzi