Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tykało kwestji rzadko niewiastom dostępnych, zdradzało surowsze zastanowienie się nad życiem, badanie go na drogach niedostępnych ogółowi; nie dziw też iż wszystkie oczy zwróciły się ciekawiej, goręcej, z zajęciem i ciekawością na hrabinę, której usta zbladłe uśmiechnęły się dziwnie.
— Cudowne pytanie! zawołał Szwed ręce składając, ale pozwól pani zapytać, gdzieżeś i kiedy miała czas w życiu, tak surowo, tak poważnie badać człowieka?
— Cierpienie jest wielkim nauczycielem, odparła hrabina, w długich godzinach niedoli i boleści miałam książki, one mnie odrywały od zbyt smutnego chleba powszedniego.
— Wróćmy do zadania, przerwał Spauer, hrabina postawiła je jasno, cóż pan na to?
— Nie jestem wcale filozofem, odparł hr. Żywski, ale coś mi się śni, że na wytłumaczenie wszystkich trudności, charakterów i zawad życiowych, można właśnie postawić przeciw memu człowiekowi jedną wielką rozmaitość człowieczków. Nie przeczę, że społeczność różna, losy rozmaite, wpływy, klimat, strawa, choroby, wykształtowują z tego zlepku gliny różne figurki, mniej więcej karykaturalnie pokrzywione, ale zawsze koniec końcem, te ułamki dają się sprowadzić do jednego mianownika.
— Możem się ja omylił, biorąc za prototyp to co nim nie było, za główne to co było podrzędnem, za organa co było kalectwem, ale to wina fizjologa, anatomisty, nie zasady, człowiek jest jeden.
— Dziwi mnie, że tak dobrze go znając, nie zwyciężyłeś pan przecie jednej słabej kobiety! odezwała