Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


udać nie mogło; kobieta ma więcej od nas jeszcze poczucia ideału, obrzydliwości dla rachunku i nagiej rzeczywistości.
— I uporu! i uporu! przerwał hrabia... jest to znamię słabości.
— Przecież ta słabość silniejszą była nad stoicką siłę waszą, rzekł Spauer.
— Wielkiem nieszczęściem dla mnie było, żem kłamać nie umiał, zawołał hrabia, z trochą chytrości byłbym ją zmógł i zwyciężył, wyrzucam sobie, żem zawsze brzydził się fałszem; do mojego systemu, z moją pogardą dla ludzi, kłamstwo było nieodzownym dodatkiem, trzeba było odegrywać komedję jakąś, entuzjazmów, szałów, namiętności, jam tylko umiał szydzić i do naga rozbierać złudzenia.
— Jest to zaprawdę ciekawa historja, odezwała się w tej chwili hrabina Adela, która miała czas spocząć po własnem opowiadaniu, jako kobiecie może mi też wolno będzie wmięszać do niej słówko, i uczynić uwagę? Pan hrabia, świat i ludzi skłonnym jesteś uważać i sądzić z jednego człowieka, z siebie, z jednej może kobiety, którą pierwszą spotkałeś na drodze. Jest to tymczasem wielkie nierozwiązane pytanie, czy jednostka abstrakcyjna, człowiek, prototyp istnieje, czy człowiek jest jeden, z jednej formy wylany, czy mnogi, różny? czy jest dwóch, dziesięciu, czy tylko ów jedyny, jakiego nauka przyjmuje i system chce widzieć, bo mu z tem dogodniej. Abstrakcje zdaje mi się w rzeczach życia są tylko rodzajem ideałów, którym rzeczywistość przeczy.
Pytanie to i forma w jakiej rzucone było, zdumiały wszystkich, na kobietę było ono głębokiem, do-