Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mnie, gdyby nie potrzeba w oczach świata zakrycia jakichś pokątnych miłostek. Dla kogo innego nieszczęśliwem by być mogło może podobne ożenienie, jam w przeszłości mej narzeczonej upatrywał nową siłę dla siebie, sądziłem że im więcej jest upokorzoną, tem mi więcej będzie uległą. Stało się wszakże inaczej, włożyłem sobie powróz na szyję, któregom się nie spodziewał; rozpoczęła się od pierwszej chwili walka między nami, w której wyznaję, bom szczery, zostałem zwyciężony. Tak jest, nie mogłem pokonać przeciwniczki mojej, ale odegraliśmy dramat ciekawy. Użyłem wszelkich środków, wszystkie się o upór istnie kobiecy rozbiły. Przypisuję to nie czemu innemu, tylko nieszczęsnej słabości: muszę przyznać się, żem głupio zakochał się w mojej żonie, a miłość w niej chciałem obudzić strachem, gwałtem, przemocą. Każde uderzenie dodawało jej siły. Byłbym może zwyciężył ją obojętnością, nie podołałem uciskiem. W miarę jak ja szalałem i traciłem przytomność, ona oprzytomniała i rosła. Musiałem zapomnieć o wszystkich innych celach życia biegnąc za jednym, za pokonaniem tego dziwacznego charakteru, którego djamentowa niezłomność mnie drażniła.
— Niczego mniej nie spodziewałem się nad wpływu kobiety w tej historji, rzekł, śmiejąc się, Meilleraie, ale w którejże biografji mężczyzny, choćby tak zbudowanego jak pan hrabia, nie gra roli niewiasta?... Zawsze Ewa i wąż.
— Tym razem, zawołał Spauer, nie wygląda to na raj, na Ewę i kusiciela... Ewa była ofiarą. Daje się to przeczuwać z tego co nam hrabia o sobie powiedział, chciał ją widać nawrócić na swą wiarę, a to mu się