Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/181

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    zach fortuny gotowe narzędzie; wziąłem się więc do oczyszczenia tych stajen Augiusza, nie zląkłem się ani procesów, ani krzyków, ani opinii ludzkiej, trzymałem się ściśle prawa, nie wdając się w uczucia, które rachunki psują, poprawiło to znacznie moje położenie materjalne, a szerząc postrach wkoło mnie, otoczyło murem, który od napaści bronił.
    — W tym czasie prawie spotkałem się z kobietą, która mimo wszystkich zasad i pewników, które jako skazodrogi rozstawiłem przed sobą, dużo wpłynęła na moje losy. Była to bardzo piękna, bardzo płocha na pozór, ale bardzo praktyczna istota, nie miałem dla niej najmniejszego szacunku, alem uczuł namiętność, była piękną. Nieszczęściem i ona i towarzysz jej doli tak nieopatrznie szafowali życiem, że się zupełnie zrujnowali, w dodatku ona owdowiała; musiałem uciec aby nie paść ofiarą jej, byłaby bowiem wymagała ożenienia i popchnęła mnie do ruiny. Uciekłem w porę, dla zajęcia czasu robiłem po troszę majątek.
    — Śmiejcie się państwo jeśli chcecie, jedyna to siła w życiu, złoto....
    — Rozumiem pogardę dla niego w tych co go pozyskać nie mogą, ale to tarcza od wszelkiego złego, broń, narzędzie, dźwignia. Mimowolnie świat skłania głowę przed tymi co je mają, wyśmiewa ich a zazdrości, ale mimowolnie ozłocone bałwany, jak ich ubodzy zowią, świecą nam podwojoną cnotą, ich występki nikną przy blasku fortuny, najniezależniejsi zawsze im cześć oddają. Jedno z dwojga, albo potrzeba być bogatym wzgardą wszystkiego jak Diogenes, albo mieć pieniądze, jest to balast życia, bez niego chwycą fale