Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


fanatyczna wznosi pobożność, gdy wygnany jest z domów, gdy go nie ma w rodzinach naszych, w życiu, i gdy ten Chrystus stoi dziś jak Deus ignotus w Rzymskim Pantheonie, gdy obok jego krzyża płoną ofiary bałwanom interesu, samolubstwa, bezwstydu,  gdy...
Spauerowi wyrażeń zabrakło.
— Nie ma wątpliwości, odezwał się uśmiechając nareszcie de la Meilleraie, za dalekośmy odeszli od ideałów pierwszych wieków, ale jakaż na to rada? Co dzień szczepi się głębiej nie już niewiara, ale obojętność na wszystko. Łatwiej było nawracać pogan niż odstępców chrześcjan, dziś apostołów wysłanoby jako ludzi niebezpiecznych... do Cayenny...
— Ale noc późna, panowie, mamy jeszcze dwie spowiedzie do przesłuchania, dodał hrabia, wskazał na Żywskiego, zdaje się niecierpliwie oczekiwać kolei, a nasz nowy znajomy, obrócił się do Szweda, nie odmówi też zapewne.
— Uczynię co zechcecie, odezwał się Szwed, żywot mój nie ciekawy. Cały wewnętrzny, nie ma w nim wypadków, są walki myśli, są prace ducha, są trudy serca bijącego dla prawdy.
— Co do mnie, odezwał się Żywski z uśmiechem wzgardliwym, radbym, żebyście mnie państwo uwolnili od tego dziecinnego zadania; każdy z nas mimowolnie musi być swym apologistą, nikt się obwinić nie zechce, jest to więc stek bajek, który sobie prawimy, po co? na co? dla czego?
— A choćby dla uczciwej rozrywki, rzekł garbaty.
— Nie ma więc powodu, żeby nie kłamać?
— Nie mamy i środków dojścia prawdy, jeśli jej