Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie uzyskać... Pierwszy, co się o nie zapytał, był stary, siwy i obojętny im wędrowiec. Zostawiony u wrót, Genueńczyk, nie bez uśmiechu wyzywającego do dania mu buona mancia, oświadczył grzecznie, iż wstęp jest wolny dla wszystkich...
Cudzoziemiec wszedł i powoli, zadumany posunął się za rodziną angielską... Widząc go wchodzącego nie mogli się powstrzymać i inni, ów młody człowiek z żoną... owi dwaj wędrowcy z tłomoczkami na plecach, naostatek i majestatyczna piękna pani, której piękność — ruina, była w tak harmonijnej zgodzie ze wszystkiem co ją otaczało... Każda z tych postaci, zawahawszy się na progu, wsunęła się do Campo Santo i doznała tego wrażenia, jakie się odbiera niespodzianie wśród podróży, znajdując drogi kamyk lub rzadką monetę. Najzimniejszym pozostał ów trudnego do rozpoznania wieku mężczyzna, który, jak się zdaje, niczemu już dziwić się i z niczego cieszyć nie umiał, jednakże na woskowej twarzy jego drgało jakieś uczucie i uśmiech mumii, którą za ciasno usznurowano do trumny, igrał po jego ustach...
 Na twarzy pięknej pani samotnej prześlizgiwały się widocznie wszystkie smutki żywota, które widok śmierci swem sąsiedztwem i siłą z serca wyciąga.
Młodzi tłomoczkowi wędrowcy piesi, na widok tych galerji zarazem przypominających muzeum i cmentarz, a tak uroczo pięknych w oblewającej je ciszy i powadze nocy, nie mogli się powstrzymać od gorących szeptów między sobą... Zniżali tylko głos, aby ich rozprawy i spór nie doszedł obcych uszów.
Zbliżyli się tak wszyscy, idąc jakby procesja za Pric’em, ku głównej ścianie, na której Orcagna Dan-