Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nań wejrzenie z ukosa garbus, ma swe dogodności... gdyby komu z nas życie się uprzykrzyło, mógłby je bez wielkich trudności pójść dokonać w łonie otchłani.
— Tak... zapewne, rzekł uśmiechając się Żywski, ale gdyby to koniecznie komu było potrzebnem, jak się panu zdaje... wszakże bardzo nie opodal od obserwatorjum jest owe morze asfaltowe, którego szerokie rozpadliny równie są dogodne dla amatorów?... Płyną w nich lawy, których ogień starczy na usmażenie nie jednego, ale tysiąca ludzi.
— Dziwaczna myśl, rozśmiał się Szwed, który w milczeniu słuchał, nie godzi się jej żartem nawet rzucać. Każdy człowiek ma zbyt wiele do zrobienia na ziemi, by życiem szafował!
— Wotujmy! rzekł po angielsku Sir Price, schodzimy czy zostajemy?
— Schodzimy! zowołały kobiety, przechadzka nocna po księżycu do obserwatorjum będzie miała wiele powabu, a przyznać potrzeba, że tu dusi nieprzyjemnie, hrabina dokończy historji na dole.
— Jeśli potrafię... cicho odezwała się Adela.
— O! bez żadnych wymówek.
— Więc jak potrafię... poprawiła się hrabina.
Włosi widząc poruszających się od stolika swych gości, domyślili się, że schodzić zapragną, w chwili wszystko było do łatwiejszego nierównie spuszczania się gotowem. Krzesła, kosze, stolik pochwycili na ramiona i śmiechy tych pustych dzieci neapolitańskiego nieba rozległy się na wulkanie. Opuszczali go z widoczną przyjemnością.
Znijście na dół jest igraszką i nie zajmuje ani części czwartej czasu, jakiego wymaga drapanie się na