Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziecięciem, a po przetrwaniu pierwszego ciosu, i jam żyć zapragnęła i mnie musiała zawrócić się głowa.
Do wyraźnie zapisanej w testamencie woli zmarłej matki mojej, należało rozporządzenie dokończenia wychowania mego na wsi, nie mogła mnie więc ciotka wywieść, jak pragnęła, do stolicy, ale ściągnęła powoli na zamek wszystkie dawne znajomości swoje, które dostatki, swoboda i różne na przyszłość rachuby sprowadziły.
Czułam nie widząc, że w koło mnie zaciągały się nici licznych intryg, które nie tyle mnie co mienie moje na celu miały. Byłabym może nie umiała się rozpoznać wśród tego zamętu, gdyby nie prosta, zacna, poczciwa niewiasta, piastunka moja, którą także wola matki na straży przy mnie postawiła. Ona mi po cichu szeptała przestrogi, objaśnienia, ona tłumaczyła to położenie, które młodej duszy zdawało się prawie nie do wiary dziwnem. Między nią a ciotką była odraza instynktowa, jaką mają zawsze dusze prawe dla ludzi nieczystych i zepsutych; szczęściem dla mnie, ciotka nie mogła oddalić piastunki... a ta mimo świetnych obietnic i groźb, usunąć się odemnie nie chciała...
Pieszczona ale nieufna, bom serca w tych przymileniach nie czuła, dorastałam tak na zamku starym, który teraz nieustannie był odwiedzany przez nieznanych mi przedtem przyjaciół rodziny i krewnych. Ciotce ta rola opiekunki bardzo przypadała do smaku, była znowu panią, a rój pochlebców ją otaczał.
Umysł mój w tem położeniu dojrzał przed czasem, nauczyłam się inaczej tłumaczyć miłość i zapewnienie przywiązania, pieszczoty i nadskakiwania, niżelim nawykła, nieufnem okiem poglądać na ludzi i w chi