Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


za krótką chwilę wynijdzie znowu na świat, gdyby wołał, jużby głos jego mógł być z łatwością słyszanym. Z wielkiemi ostrożnościami poczęto go na ostatek wydobywać, ale jeden z Włochów postrzegł, że ciało zmieniło kierunek, hrabia, który spuszczając się, stał na szlejce rzemiennej, był przewrócony głową w dół, nie mógł więc sobie dopomódz rękami przy wyjściu na świat, i Włosi musieli ostrożnie dobywać go, aby się o krawędź nie podrapał.
Był bezprzytomny i blady, nie dawał znaku życia...
Omdlał, czy go tam wyziewy zdusiły, nie wiadomo, ale zdawał się trupem. Wszyscy rzucili się z flaszkami, wodą i ratunkiem, jedna hrabina Adela pozostała nieruchomą.
— Nie bójcie się państwo, rzekła z cicha, odejdzie. oprzytomnieje i do życia powróci.
Złożono go na gorącym popiele, a Przeręba począł chłodną wodą oblewać. Żywski nareszcie kichnął. To był pierwszy znak, że dusza jeszcze śmiertelnej nie opuściła powłoki.
— Na zdrowie! rzekł malarz wstając i widząc, że peredrynant oczy przeciera, jakby ze snu wstawał.
— Mówiłam państwu, że mu się nic nie stanie! powtórzyła Adela.
Włosi byli niezmiernie uradowani, że ten nieprzyjemny dla nich trup odżyć raczył, i że cały wypadek skończył się tak szczęśliwie, poczęli rozwiązywać sznury, rozcierać go i wkrótce ruszył się, wyciągnął, siadł, a po chwilce powstał na nogi, spoglądając dokoła.
— Ciekawa to rzecz wnętrze wulkanu, odezwał się