Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tam przypiekło, a wyziewy siarki zadusiły, że zaraz sznurem targać zaczął i musieliśmy go na powrót windować, a gdyśmy go wywlekli osmalonego i prześmierdziałego piekłem, długo dyszał nim do siebie przyszedł, i już mu termometry nie były wcale w głowie.
Hrabia, który tego opowiadania słuchał, wcale nie zdawał się niem zastraszony, uśmiechał się obojętnie.
— Ośmielę się panu uczynić uwagę, rzekł do niego Price, iż możeby tę niebezpieczną wycieczkę można odłożyć do rana, lepiejby się z niej o białym dniu korzystać mogło.
— Przepraszam, odparł hrabia, ognie te bledną przy słonecznych blaskach, w nocy występują w całej świetności, piekło potrzebuje nocy.
Wice-hrabia przystąpił także z uśmiechem.
— Jeśli się pan zobaczysz z Lucyperem, rzekł, zechcesz mu i od nas złożyć uszanowanie.
— Nie bójcie się, to nie potrwa długo, odezwał się Włoch, zapiecze go zaraz i wyciągniemy za parę minut, wszakże ponieważ nie można z góry wiedzieć, jak się to skończy, zapłaćcie nam teraz, bo gdyby was co spotkać miało, byłaby nudna kwestja o nasz grosz uczciwie zapracowany.
— Aha! zawołał hrabia śmiejąc się, boicie się...
— Juściż nas przynajmniej trzech potrzeba na tę robotę, aby szła lekko, a nuż się pod nami co obłamie.
Poczęli szeptać... Hrabiego tymczasem obwiązywano jak pakunek do dalekiej drogi, wzięto go sznurem pod ręce, w pół, pasek podciągnięto pod nogi, aby nie wisiały... chwila stanowcza zbliżała się i Włosi nawet zamilkli. Z daleka kobiety poczęły spoglądać