Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mie, możemy poginąć wszyscy. Słuszna rzecz, abyście za to zapłacili! Potrzeba się zgodzić wprzódy.
Żywski rozśmiał się. — To się zgodzimy! rzekł.
Włoch skinął na swoich, żywe rozprawy rozpoczęły się nad ceną i warunkami... ale je wkrótce zakończyła zgoda hrabiego, któremu zdawało się być pilno spuścić do wnętrza.
Szept cicho przeleciał skupionych dokoła Adeli, bo ciekawość nagle obudzoną została; zręczny hrabia Zygmunt śmiałym tym czynem, do którego się zabierał, zjednał sobie, jeżeli nie współczucie, to zajęcie powszechne. Zapomniano o świeżym wypadku, zaczęto go sobie różnie tłumaczyć, i wszyscy poczęli otaczać śmiałka, który z zimną krwią przybierał się, jak mówił wice-hrabia Meilleraie, oddać wizytę Lucyperowi. Tylko kobiety otaczające Adelę osłabłą jeszcze i bladą, nie dały się zkusić ciekawości i pozostały na stronie.
Włosi, którym projekt hrabiego bardzo się podobał, gdyż bądź co bądź miał się opłacić sowicie, z nadzwyczajną wesołością, ochotą i szczebiotliwością zaczęli się gotować do roboty. Wnet znalazły się sznury, paski skórzane, ochotnicy do przytrzymywania, usłużne rady, a jeden nawet przypomniał sobie zaraz, że w swej młodości uczonego jakiegoś Abbat’a spuszczał w tę otchłań z termometrami, barometrem i różnemi przyrządy do doświadczeń.
Wiatr właśnie odnosił w bok dymy, i zdawał się sprzyjać eksploracji.
— Księżyna, rzekł stary przewodnik, miał drapieżną ochotę podchwycenia sekretu pana Boga, ale mimo tej wielkiej żarliwości, nie popasał długo, tak go