Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jest własnym katem, lub nie umie cierpieć i duchem zwyciężyć materji.
— A jeśli cierpi na duchu?
— Sam sobie winien, powtórzył spokojnie swedenborgista, i jeszcze raz powiem sam sobie winien, bo w ducha nieśmiertelnego i czystego chorobę wszczepił.
— Sam! a więc nie ma przeznaczeń, fatalności?
— Nie ma; są tylko prawa. Kto ogień nakłada, powinien się spodziewać, że mu przy nim będzie gorąco, kto do lodu pierś ciśnie, wie że ją ostudzi.
Hr. Zygmunt ruszył ramionami i wykrzywił usta.
— Więc pan powinieneś być szczęśliwy? zapytał z szyderskim uśmiechem.
— Jestem nim, odparł powolnie i stanowczo Szwed, bez pychy i popisu, jakby się wstydził swego wyznania — pokój panuje w mej duszy, a pokój jest szczęściem ziemi.
Szatańskim uśmiechem rozległ się, po raz pierwszy może od wieków, brzeg ognistej przepaści, płomieniste wejrzenie pargaminowego człowieka utkwiło w spokojnym apostole.
— Jesteś więc pan szczęśliwy! ha, ha! doskonała farsa! zawołał Polak; to rola nowa, zużytem zostało popisywanie się z boleścią, grasz pan wcale świeżą i ciekawą.
— Nigdy w życiu żadnej roli nie grałem, rzekł cicho i spokojnie Szwed; nie sądzę, żebyśmy na ten świat zesłani byli dla wywijania koziołków jedni przed drugiemi. Mój Boże! tyle jest do czynienia! ktoby miał czas myśleć o popisach? Ale ty, drogi panie, dodał ciszej, tyś widzę chory, cierpiący!
— Ja? cofając się aż na brzeg skorupy krateru,