Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


charakter fizjognomji tej, porównywając ją z otaczającemi: wszystkie przy niej wydawały się pokrzywione, namiętne, zniepokojone życiem, przejęte jakąś obawą, gdy ta panowała taką wiarą w żywot swój i siłę, taką powagą, takim pokojem ducha, że samo na nią wejrzenie miało potęgę jakąś uspokajającą. Nie dodawał jej uroku ani strój, ani postawa skromna, a jednak wszyscy czuli że ta postać kryje w sobie jakąś wielkość, jakąś moc nieznaną a niezaprzeczoną.
Z kolei każdy napił się oczyma z tego oblicza trochę siły i ciszy...
Hr. Zygmunt nie rychło przybywszy, postrzegł tego pielgrzyma, stojącego z rękami na kiju wspartemi; i on nawet, ujrzawszy go, przystanął, zdziwił się, zastanowił, zdawał się chcieć przypomnieć gdzie go widział...
Artyści szeptali między sobą, oglądając kto to być mógł.
— Jeżeli to jest pospolity człowiek, rzekł Spauer, w takim razie forma jest niczem, hieroglif cielesny nie jest literą Wszechmocnego ręką napisaną, ale gzygzakiem przypadku. Czekam jeszcze ostatniej próby, aby zdjąć przed nim kapelusz i pójść jak za mistrzem. Bywa bardzo często, że ludzka twarz póki zostaje nieruchomą, jest wspaniale piękną i prawie boską; niechże się człowiek odezwie, wyraz jej się zmienia, olbrzym maleje, szczytność zmienia się w karykaturę. Jeden uśmiech czasem rozbija złudzenie. Jeżeli ten apostoł, otworzywszy usta i poruszywszy się, nie przestanie być tak wielkim jak jest dotąd... wierzcie mi, to jakiś geniusz, lub świętość!
Vice-hrabia de la Meilleraie, który wykrzyknika podsłuchał, rozśmiał się szyderczo.