Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obudził żądaniem. Stróż chciał odłożyć do jutra otwarcie drzwi, ale służący za tłumacza Anglikowi Włoch, Genueńczyk, dał mu do zrozumienia, iż szło o rzecz nadzwyczajną i nadzwyczajnie opłacić się mogącą. Anglik żądał otwarcia cmentarza i oświetlenia, tak aby go oglądać mógł przy pochodniach.
Dziwna ta myśl niepraktykowana, niesłychana, zdała się stróżowi (który machinalnie schwycił był już klucze, pomnąc na buona mancia jaką miał zyskać), nieco świętokradzką, trochę rewolucyjną, w ostatku może dla spokoju i bezpieczeństwa mieszkańców Pizy niebezpieczną. Spoglądał na żonę, myślał, drapał się po głowie i nie wiedział co począć.
Kilku sąsiadów przywabionych zgiełkiem w mieszkaniu, weszło, porzuciwszy morę i wieczorne makarony, stało i usiłowało zrozumieć o co chodzi.
Genueńczyk najęty za tłumacza uśmiechał się jako więcej cywilizowany i przywyklejszy do wszelakich dziwactw człowiek... z powagą męża stanu tłumaczył im, Pizanom, że żądanie bogatego Anglika nie miało w sobie nic tak niezwyczajnego, ani straszliwego, że było prostą fantazją turysty, który pragnie wrażeń innych niż powszednie i zużyte... i że miało się opłacić dobremi gwineami...
Argument ostatni był najmocniej przekonywającym... Włosi zaczęli szeptać pomiędzy sobą, że koniec końcem rzecz była możliwą... choć dosyć trudną. Gdyby podróżni zwykle zwiedzali Campo Santo wieczorami, stróż miałby zapas pochodni i ludzi po temu... ale zkąd wziąć illuminację, gdy się do niej nie przygotowało? w całej Pizie pochodni oprócz tych, które towarzyszyły niekiedy pogrzebom dostojniejszym, nie