Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


marmurowych wschodach Chiai, czuje się silen i nie dba o jutro, dla czego nuci w łachmanach i śmieje się ze swej nędzy bez przyszłości. — Barwy, cisze, wonie, powietrze tego czarownego świata, poją letejską wodą zapomnień i wzgardy na jutro. Życie tak tu jest silne, tak w siebie wierzy, że zagłada nie wydaje mu się ani straszną ani możliwą; przeczuwa ono, że choćby prysły ogniwa łańcucha, znów się gdzieś spoją na nowo.
Pustki były i na wybrzeżu Santa Lucia i wzdłuż zatoki aż ku Resinie, psa prawie widać nie było, upał nieznośny trzymał wszystkich w cieniu winnic, na północnych stronach przyćmionych mieszkań w chłodzie; — cudzoziemcy w towarzystwie okupionych drogo i wyrwanych spoczynkowi przewodników.
Zapewne chętka oglądania cudownego widoku jaki się z wierzchołka Wezuwjusza w dnie pogodne odsłania, pędziła ich właśnie w ten dzień skwarny na szczyt wulkanu, który spoczywał po niedawnym wybuchu. Jeden bok jego krwawą jeszcze raną rozpłatany i gorejący nocami, świadczył o świeżej katastrofie, z której teraz tylko na pół zgasłe i zastygłe lawy pozostały potoki. Przewodnicy opowiadali ze zwykłą Włochom wielomównością i namiętnością o ostatnim wybuchu, opóźnionym wędrowcom, którzy nie zdążyli pospieszyć na widowisko.
W Resinie dnia tego do ostatniego konia i najlichszego zabrano osła, najmniej wprawnych przewodników oderwano od południowej siesty, a stowarzyszenie cieszyło się, że nawet kulawe szłapaki potrafiło zużytkować i najmłodszych uczniów wyprawiło na górę.
Żony ich na rachunek przyszłych zysków tego