Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Choćby w samym kraterze! odpowiedziała mu, nie będzie tam piekielniej jak było na ziemi.
Mumja uśmiechnęła się szatańsko.

∗             ∗

Dzień był skwarny, ciemno-lazurowe niebo neapolitańskie, wypogodzone, przebiegały tylko białawe puszyste obłoczki, nad Wezuwjuszem unosił się z lekka warkocz dymu, który chwilami ciemniał, to znów w niedostrzeżony prawie tuman się rozwiewał. Wulkan drzemał zmęczony i oddychał powolnie.
Nad cudowną zatoką, ukochaną niegdyś przez rzymskich Sybarytów, panowało uroczyste milczenie skwaru tamującego życie, przerywane tylko cichym pluskiem fali, jakby biciem pulsu morza, które się spiąc nawet kołysze. Całość tego widoku Neapolu i okolicy jaśniała cudowną harmonią wesela i rozkwitu, czuć w niej było istne tchnienie Boże, które te cuda zrodziło, barwy szafirowego morza, lazurowych niebios, szmaragdowej zieleni drzew, białych budowli, spalonych od słońca ruin, złocistych wybrzeży, i ametystowych oddaleń, wśród których jak sny i marzenia ukazywały się pobliskie wyspy i zlewały się w jedną pieśń kolorów grających hymn, oczom artysty zrozumiały, dla pospolitego tłumu dziwnie pociągający i wdzięczny.
Najsmutniejszy z ludzi, stanąwszy z bólem w piersi musiał go trochę zapomnieć i poczuć jakieś upojenie naturą, jakiś szał powoli od zmysłów pochodzący do serca, z piersi idący do głowy. Tu tylko zrozumieć można, dlaczego odarty lazaron, leżący na