Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ale nawet na czczo nieprzytomny, bo mu się dawno w głowie pomięszało...
On jeden o zachodzie słońca błądził jeszcze po Pizańskim placu katedralnym, sam z sobą prowadząc bardzo zajmującą rozmowę i na sposób włoski czyniąc ją zrozumialszą najdziwaczniejszemi rąk, głowy, nóg i całego ciała ruchami, gdy ogromny powóz, wetura, najęta widać w Genui koło Porta Pila i wyciągniona z jakiegoś kąta wozowni, w którym lata długie odpoczywała pod pyłem, zaprzężona w trzy konie, ojuczona tłomokami z przodu, z tyłu i z boków, zatrzymała się przed wrotami Campo Santo...
Dlaczego nie posunęła się nad Arno, do hotelów tęskno oczekujących na przybycie gości, czemu stanęła od razu w tem miejscu, było to tajemnicą nieodgadnioną. Zawarty we wnętrzu Anglik i jego familja złożona z żony, córki i młodego cienkiego gentlemana, od godziny z wielką pracą i językowemi wysiłki starali się dać zrozumieć weturynowi, że koniecznie wprost chcą zajechać przed drzwi sławnego cmentarza.
Anglik od pół roku karmił w sobie oryginalny pomysł oglądania Campo Santo, nie tak jak wszyscy śmiertelni, po białym dniu, z Bradschawem w ręku i ciceronem u boku, chciał być jedynym podróżnym o którym by dzienniki głosiły, iż przybył do Pizy, aby sławny cmentarz widzieć przy pochodniach, illuminowany umyślnie dla siebie.
Zrazu rzecz się wydała prawie niemożliwą i niemal niezrozumiałą tym, którym o niej Sir Price napomknął. Biedny warjat spełniający zwykle ten obowiązek, poleciał zdumiony po stróża, którego od lat dwudziestu o tej porze nikt podobnem, dzikiem nie