Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na Polesiu T. 2.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przez grzeczność tylko nie dokończył.
Tymczasem kos w klatce zaczął świstać Dąbrowskiego.
Nastąpiło milczenie. Sumak był trochę skonfundowany.
— Przypomnij-że sobie, p. Dyonizy — począł wikary — czemeście wy byli, gdy nieboszczykowi, na złość familii, przyszła fantazya ożenić się z waszą córką. Pan Bóg mu nagrodził to, że chciał arystokratów upokorzyć i dał mu aniola, nie żonę. Cóż to, ona teraz dla kiepskiego, z pozwoleniem tytułu, ażebyś acan się mógł nim czwanić, szczęście ma poświęcić! Hę! Oszalałeś? — czy co?
Sumak się zmieszał, chciał coś mówić, jąkać się zaczął, potarł czoło, wąsa pokręcił, i siadł przybity, głowę spuszczając.
— Ja na to nie pozwolę! — krzyknął.
— A ona się acana o pozwolenie pytać potrzebuje, czy co? — zaśmiał się wikary. — Opamiętaj się, człowiecze.
Wikary chwycił za fajkę znowu.
— Pewnie papierów do ślubu będzie potrzebowała — rzekł. Dobrze, że wiem. Poślę je natychmiast, aby nie czekała. Czem prędzej, tem lepiej.
Acanu professor śmierdzi?!
Strasznie oburzony, wikary latał po izbie.
— Nie będź acan, czem nie powiem — dodał. — Panu Bogu dziękuj, że sobie znalazła człowieka,