Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na Polesiu T. 2.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się otrzymać po nim beneficyum, co podobno nie było łatwem, gdyż, i temperament jego, i głoszone otwarcie demokratyczne zasady, nie jednały mu zwolenników u góry.
Tymczasem jednak, po opróżnieniu probostwa przez rodzinę daleką staruszka, ksiądz wikary wniósł się był do mieszkania nieboszczyka, i tu, choć nie było obszerniej, taksamo zupełnie prowadził gospodarstwo, jak niegdyś w officynie.
Z fajką na długim cybuchu siedział zadumany wikary w nowej swej rezydencyi, gdy wszedł, pozdrawiając go, p. Dyonizy.
— Ja do księdza proboszcza z prośbą — rzekł — no, i z użaleniem. — Proszę-bo sobie wystawić, słychana to rzecz: hrabina, córka moja, za mąż chce wychodzić. To nic — ale za kogo?
Skrzywił się wikary. Zasady jego tem pytaniem zadraśnięte zostały.
— No-zakogóż? — spytał.
— Za kiepskiego jakiegoś professorzynę! — zawołał z zapałem Sumak — za jakiegoś p. Wolskiego. I tytuł hrabiny zamienić na takie, z pozwoleniem, nazwisko!
Wikary aż się zerwał z kanapy i cybuch mu wypadł z ręki. Zmierzył wzrokiem piorunującym Sumaka i na całe gardło się rozśmiał szydersko.
— Cóż-to! — krzyknął — zostałeś arystokratą? A to, boki zrywać! Hrabina rozum ma, a ty...