Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na Polesiu T. 2.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Patrzaj-że, ostrożnie — lichtarze. krzyż, kapa! a gdzie agenda i naczynie z wodą święconą?
Wszystkie te przybory, z rozkazu danego zawczasu, zaniesiono do jednej z izb zajmowanych przez Pakulską i Steńkę. Kobiety, znaczną część nocy przepłakawszy, już były poubierane. Ekonowa napróżno starała się skłonić Sumakównę, aby jaśniejszą wdziała sukienkę — uparła się włożyć czarną.
Po wylanych łzach nad ranem zdawała się być uspokojoną i zrezygnowaną. Ofiara była nieuniknioną.
Mogła wprawdzie, stając do ślubu, na pytanie księdza, śmiało — „nie“ odpowiedzieć; ale byłby to wyrok wydany na rodziców, na siebie. na przyszłość całą.
Pakulska wciąż jej szeptała:
— Miej rozum tylko; zrobisz ze starego, co zechcesz. Takie szczęście cię spotyka, że tylko Panu Bogu dziękować.
Wyraz ten „szczęście“ Steńka smutnym przyjęła uśmiechem.
Gdy w jednym pokoju ekonomowa starała się nieszczęśliwą ofiarę pocieszać, jak umiała, i dodawać jej męztwa; ksiądz wikary, powołany do łóżka chorego, znajdował się przy nim.
Hrabia dnia tego, po wczorajszych odwiedzinach, które go wiele kosztowały, po przebytej