Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na Polesiu T. 2.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Powiadam ci: nie rozumiem nic — rzekł Flawian. Musiały zajść jakieś okoliczności — krew się odezwała.
— Tak-krew się odezwała! — poważnie powtórzył br. Bernard. Teraz potrzeba nadzwyczajnej oględności z naszej strony, ażeby szczęśliwego tego zwrotu i usposobienia nie nadwerężyć...
— Uważałeś, jak się o całą rodzinę rozpytywał?
— Sądzę — dodał Bernard, że jutro się to wszystko lepiej wyjaśni. Nuit porte conseil.
W tak blogich marzeniach dojechawszy hrabiowie do austeryi, zastali pokój ogrzany i obiad podróżny zgotowany przez własnego kucharza — co ich w najlepszy humor wprawiło. Hr. Flawian miał pasztet strasburski, a Bernard strachino, szynkę i parę butelek wybornego bordo, które już stało w ciepłej wodzie.
Na dworze szarzało na dzień dopiero, gdy bryczka pocztowa z Wołchowicz zatrzymała się przed gankiem. Antek, już na nogach będący, choć ziewał niewyspany, poznał w wysiadającym z niej wikarego, za którym dobył się z siedzenia organista.
Wysiadłszy, zaraz obadwaj pośpiesznie wyładowywali ogromne dwa zawiniątka, których bryczka pełna była.