Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jak się pan Paweł żenił i jak się ożenił.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mieli być ci goście, dla których drób nie starczył, pekefleisz nie był dosyć wykwintny, a koniecznie im należało dać mięso?
Kasper nie mógł zrozumieć — rejent jadł dużo, ale pakował co mu dano, inni mniéj jeszcze byli wymyślni, wpadał na domysł stary sługa, że chyba urząd ma zjechać, a zjechanie sądu nie mogło co innego oznaczać nad sprzedaż Kozłowicz.
— Gdzieby on przedał te rowy! to nie może być! — mówił sobie.
Zagadka była nierozwiązalną i niepokojącą.
Nazajutrz arendarz przywiózł mięso, które na lodzie złożono.
I on był ciekawym, dla kogo ono miało być przeznaczoném, a nie dowiedziawszy się od Kaspra, który zawsze wszystko wiedział, snuł wnioski osobliwe.
Arędarz to był mający stosunki rozległe, ucho pilne, umysł bystry w kombinowaniu. Będąc w Pińsku już słyszał, że p. Paweł kupował floranse na prezenty... Florans z mięsem razem połączony, dawał w rezultacie, że tu coś kobiecego zachodziło. P. Mondygierd zaś był tak czystych obyczajów, że gdy kobieta była w kwestyi, nie mogła stanąć w niéj inaczéj, tylko jako żona.
Rozśmiał się więc Judel i pokiwał głową.
— Pan nic nie wie? — odezwał się do Kaspra. — Kiedy pan nie wie, ja panu powiem. Pan zawsze